Wszystko co ma początek ma też koniec...

Wakacyjna przygoda dobiegła końca. Japonia totalnie mnie oszołomiła i przerosła oczekiwania. Mogłem liczyć na pomoc rodaków, którym chcę serdecznie podziękować - Radkowi, Agacie i Alkowi za pierwsze dni na Miurze, anielską cierpliwość i wspaniałe towarzystwo, Gregowi za pokazanie prawdziwego Kioto i znoszenie mojego gadulstwa, Rafałowi za pokazanie niezwykle ciekawego labu w Sapporo i ekstra imprezę z naprawdę ciekawymi ludźmi oraz WiTowi i Łukaszowi Kubie za krótką wycieczkę po Yokohamie. Bez Was wszystkich ta podróż byłaby niemożliwa.

Abaratsubo po raz drugi

Japończycy zaskakują mnie na każdym kroku. Kiedy wypoczywają robią to całymi grupami i nawet wtedy są zorganizowani. Doskonale się bawią, trudno zauważyć jakieś spięcia i niesnaski. Są przyjaźni i chętnie zaczynają rozmowę - totalnie nie odpowiadają stereotypowi japończyka - ponuremu, zamkniętemu w sobie indywidualiście.






Widok z plaży poprostu zapiera dech w piersiach.




Kamakura

Po krótkiej podróży pociągiem dotarłem do Kamakury - miasta wypełnionego świątyniami, dawniej ostoi feudalizmu, obecnie japońską Częstochową.

Co kilkaset metrów można napotkać świątynie i chramy. Największy chram Tsurugaoka-Hachiman imponuje pięknymi ogrodami oraz architekturą.







Młode małżeństwo chwilę wcześniej zakończyło jakąś ceremonię w zamkniętej części chramu.


Kamakura jak większość japońskich miast znajduje się na górzystym terenie. Zaciekawił mnie płot z bambusa i tabliczka (chyba) ostrzegająca przed graniem w piłkę.





Po krótkim spacerze po peryferiach zwiedziłem Daibutsu, czyli plac na którym znajduje się figura Wielkiego Buddy.



Ostatnim zwiedzanym miejscem była świątynia Hase-dera należąca do sekty jodo. Niestety robienie zdjęć na większości terenu było zakazane. W pobliżu świątyni znajduje się wspaniały taras z widokiem na dolinę.

Jagoshima i Abaratsubo

Na Miurze znajduje się dużo plaż wulkanicznych. Piasek na nich jest znacznie grubszy, ciemny, ale przechadzka na bosaka po niej to darmowy masaż stóp :)

Po zaaklimatyzowaniu wybrałem się na plażę Jagoshima, do której droga prowadzi przez 530m most i piękny półdziki las.







Najlepszym sposobem na odpoczęcie po tej wycieczce było udanie się na plażę Abaratsubo.


Gaijin na plaży wzbudza zainteresowanie :) Japończycy robili zdjęcie białej małpie, a biała małpa robiła zdjęcia im.

34 godziny, 9669 kilometrów, 7 przesiadek....

Pobudka o 4:30 po 3 godzinach snu, dopakowanie reszty bagażu, potem wyjazd autobusem z Opola do lotniska Okęcie.

Lot Embraerem 190 z Warszawy do Helsinek z powodu turbulencji przypominał czasami przejażdżkę kolejką górską. Wylot z Helsinek do Osaki był opóźniony o pół godziny i w efekcie wyleciałem o godzinie 21. Po długiej i praktycznie nieprzespanej nocy wylądowałem na znajdującym się na sztucznej wyspie lotnisku Kansai.

Na lotnisku za jednego mana wypożyczyłem telefon na 3 tygodnie i poinformowałem o szczęśliwym lądowaniu zainteresowane osoby. Od tego momentu Radek pilotował mnie w podróży pociągami. Po odebraniu Rail Pass'a (przepustka umożliwiająca korzystanie ze wszystkich pociągów narodowego operatora Japan Rail) wsiadłem w pociąg Hikari w kierunku Shin-Osaki.

Przejażdżka Shinkansenem serii 300 z Shin-Osaki do Tokyo dostarczyła niesamowitych wrażeń - pociąg pędzi nawet 270km/h, ale porusza się niesłychanie płynnie.




Widok zza okna

Obento - multum smaków w małym opakowaniu.


Po dostaniu się do Tokyo musiałem przesiąść się do JR Yokosuka, w Kurihamie odebrał mnie Radek i pojechaliśmy linia prywatnych kolei Keikyu do Misakiguchi. W Misaki pozostało tylko dojechać autobusem na miejsce zamieszkania. Po tak długiej podróży problemów z zaśnięciem nie było :)

Napięcie rośnie...

Do wyjazdu pozostały zaledwie dwie doby. Powoli dociera do mnie gdzie się wybieram, wychodzi coraz więcej niepozałatwianych spraw. Do odebrania pozostały tylko polskie wędliny, chrzan i chałwa. W piątek postaram się zorganizować parę płyt polskich wykonawców oraz parę smyczy i kieliszków ze sklepu z artykułami dla kibiców.