Corporate Worker

Many people i know think that word "corporation" is synonym of "evil". Everyday i hear about exploited corporate workers from people that weren't working in such company.

After working for two years I agree that enterprise jobs are in most cases less innovative that those at small companies, but it also depends on personal attitude because bigger company give u some degree of freedom in choosing project and position. The process and formality is painful and sometimes unnecessary, but when you start to appreciate it when you have comparison to working without it.

I've never seen myself as corporate worker but in fact it turned out to be good for me. Environment with reduced amount of activities that are not related to my specialty is serving me well - I always get easily distracted and usually were very unproductive. Now I don't have to care about broken PC, kitchen supplies and late paycheck - those things are just organized. As software developer I'm also isolated from client complaining - contact person is manager and only him - this gets away burden of requirements changing daily. Of course there are some cons - corporate 'inertia' and centralized services providers makes easy things look complicated and take time.

In conclusion - if you are willing to sacrifice innovation for peace of mind and comfortable environment you should try it.

I would be happy if you share your thoughts.

Note: image taken from zazzle.com

Galakto

Poniższe opowiadanie dedykuje wszystkim gaborom pracującym w złej korporacji oraz jednemu bardzo rozgoryczonemu pracownikowi na umowie-wypowiedzeniu.

Galakto - programista zatrudniony w Korporacji - wysiadł ze swojego nowiutkiego Mercedesa klasy S. Przy wejściu do budynku stał już odźwierny, który otwierając drzwi wypracowanym ruchem dał czas asystentowi na rozwinięcie czerwonego dywanu. W dwudziestometrowym jedno osobowym pokoju na pana Galakto czekały już tajskie asystentki z przepyszną herbatą. Po chwili cichym dzwonkiem telefon przypomniał o swoim istnieniu. Galakto leniwie podniósł słuchawkę.
- Czego? - zapytał Galakto
- To tylko ja, Szef - wybacz że Ci przeszkadzam ale chciałem Cie tylko zapytać czy możemy dziś przejrzeć specyfikację
- Specyfikację?! - zagrzmiał Galakto - Przecież to barbarzyńska metoda ograniczania kreatywności!
- Wybacz że w mojej bezczelności w ogóle o niej wspomniałem - zakomunikował drżącym głosem Szef
- Tym razem Ci wybaczę - łaskawym głosem odpowiedział Galakto - ale jeśli to się powtórzy to się zwolnię!
- Przepraszam za ten wybryk - bez Ciebie Korporacja nie dałaby rady - powiedział Szef kończąc rozmowę.
Galakto postanowił stworzyć kolejne narzędzie, które przyspieszy szybkość developmentu - skrypt do restartowania stacji z jego domowego komputera stojącego za Liveboxem TP.
Po jego ostatnich usprawnieniach tworzenie komponentów systemu polegało tylko na wciśnięciu klawisza ENTER - w końcu wszystko da się zautomatyzować. Z racji tego że nie miał już więcej zadań do wykonania postanowił przejrzeć allegro w poszukiwaniu gadżetów, które mógłby kupić za jego skromną, bo wynoszącą zaledwie 32 tysiące złotych wypłatę. Właśnie oglądał nowiutki miecz świetlny gdy z głośników jego stacji roboczej wydobył się głośny pisk...

Ostry dźwięk budzika wyrwał Galakto ze snu. Rozgoryczony tym że sen się już skończył Galakto ubrał się czym prędzej i pobiegł do swojego miejsca kaźni - złej zachodniej korporacji kontrolowanej przez tajemniczą grupę trzymającą Władzę.

Wszystko co ma początek ma też koniec...

Wakacyjna przygoda dobiegła końca. Japonia totalnie mnie oszołomiła i przerosła oczekiwania. Mogłem liczyć na pomoc rodaków, którym chcę serdecznie podziękować - Radkowi, Agacie i Alkowi za pierwsze dni na Miurze, anielską cierpliwość i wspaniałe towarzystwo, Gregowi za pokazanie prawdziwego Kioto i znoszenie mojego gadulstwa, Rafałowi za pokazanie niezwykle ciekawego labu w Sapporo i ekstra imprezę z naprawdę ciekawymi ludźmi oraz WiTowi i Łukaszowi Kubie za krótką wycieczkę po Yokohamie. Bez Was wszystkich ta podróż byłaby niemożliwa.

Abaratsubo po raz drugi

Japończycy zaskakują mnie na każdym kroku. Kiedy wypoczywają robią to całymi grupami i nawet wtedy są zorganizowani. Doskonale się bawią, trudno zauważyć jakieś spięcia i niesnaski. Są przyjaźni i chętnie zaczynają rozmowę - totalnie nie odpowiadają stereotypowi japończyka - ponuremu, zamkniętemu w sobie indywidualiście.






Widok z plaży poprostu zapiera dech w piersiach.




Kamakura

Po krótkiej podróży pociągiem dotarłem do Kamakury - miasta wypełnionego świątyniami, dawniej ostoi feudalizmu, obecnie japońską Częstochową.

Co kilkaset metrów można napotkać świątynie i chramy. Największy chram Tsurugaoka-Hachiman imponuje pięknymi ogrodami oraz architekturą.







Młode małżeństwo chwilę wcześniej zakończyło jakąś ceremonię w zamkniętej części chramu.


Kamakura jak większość japońskich miast znajduje się na górzystym terenie. Zaciekawił mnie płot z bambusa i tabliczka (chyba) ostrzegająca przed graniem w piłkę.





Po krótkim spacerze po peryferiach zwiedziłem Daibutsu, czyli plac na którym znajduje się figura Wielkiego Buddy.



Ostatnim zwiedzanym miejscem była świątynia Hase-dera należąca do sekty jodo. Niestety robienie zdjęć na większości terenu było zakazane. W pobliżu świątyni znajduje się wspaniały taras z widokiem na dolinę.

Jagoshima i Abaratsubo

Na Miurze znajduje się dużo plaż wulkanicznych. Piasek na nich jest znacznie grubszy, ciemny, ale przechadzka na bosaka po niej to darmowy masaż stóp :)

Po zaaklimatyzowaniu wybrałem się na plażę Jagoshima, do której droga prowadzi przez 530m most i piękny półdziki las.







Najlepszym sposobem na odpoczęcie po tej wycieczce było udanie się na plażę Abaratsubo.


Gaijin na plaży wzbudza zainteresowanie :) Japończycy robili zdjęcie białej małpie, a biała małpa robiła zdjęcia im.

34 godziny, 9669 kilometrów, 7 przesiadek....

Pobudka o 4:30 po 3 godzinach snu, dopakowanie reszty bagażu, potem wyjazd autobusem z Opola do lotniska Okęcie.

Lot Embraerem 190 z Warszawy do Helsinek z powodu turbulencji przypominał czasami przejażdżkę kolejką górską. Wylot z Helsinek do Osaki był opóźniony o pół godziny i w efekcie wyleciałem o godzinie 21. Po długiej i praktycznie nieprzespanej nocy wylądowałem na znajdującym się na sztucznej wyspie lotnisku Kansai.

Na lotnisku za jednego mana wypożyczyłem telefon na 3 tygodnie i poinformowałem o szczęśliwym lądowaniu zainteresowane osoby. Od tego momentu Radek pilotował mnie w podróży pociągami. Po odebraniu Rail Pass'a (przepustka umożliwiająca korzystanie ze wszystkich pociągów narodowego operatora Japan Rail) wsiadłem w pociąg Hikari w kierunku Shin-Osaki.

Przejażdżka Shinkansenem serii 300 z Shin-Osaki do Tokyo dostarczyła niesamowitych wrażeń - pociąg pędzi nawet 270km/h, ale porusza się niesłychanie płynnie.




Widok zza okna

Obento - multum smaków w małym opakowaniu.


Po dostaniu się do Tokyo musiałem przesiąść się do JR Yokosuka, w Kurihamie odebrał mnie Radek i pojechaliśmy linia prywatnych kolei Keikyu do Misakiguchi. W Misaki pozostało tylko dojechać autobusem na miejsce zamieszkania. Po tak długiej podróży problemów z zaśnięciem nie było :)